Cytat:
Dlaczego wyjezdzamy?
Jestem informatykiem. Mam 27 lat i prawie pięć lat doświadczenia zawodowego. Moja żona podobnie. Osiągnęliśmy dobrą pozycję na rynku pracy w Polsce. Pracujemy oboje w Warszawie jako specjaliści w swoim zawodzie, uczestnicząc w różnych projektach, a czasem je prowadząc.
Rodzina. Moja żona ma dwoje młodszego rodzeństwa: jedno kończy studia, drugie zaczyna. Rodzice żony są pracownikami fizycznymi. Ja mam starszego brata, który od kilku lat pracuje i żyje za granicą i nie ma zamiaru wracać. Moja mama jest na wcześniejszej emeryturze, a tata od ładnych paru lat bezrobotny, bo w tym kraju nie ma pracy dla wykształconych ludzi po 40. roku życia, a on ma lat 57.
Nasze dochody i wydatki
Razem z żoną dostarczamy co miesiąc do wspólnego kubełka 7 tys. zł. Na pierwszy rzut oka to dużo. Dla porównania - dochody moich teściów nie przekraczają 2 tys. zł na miesiąc, o dochodach moich rodziców nie wspomnę...
W Warszawie wynajmujemy mieszkanie. Wynajem plus opłaty (telewizja, telefon, internet) to koszt 1,5 tys. zł miesięcznie. Jak na Warszawę - bardzo tanio. Mamy siedmioletni samochód, z coraz bardziej sypiącym się silnikiem. Poza tym koszty stałe, np. bilety na komunikację miejską, bo mimo wszystko jest tańsza i szybsza od samochodu, czy karty pre-paid do telefonów komórkowych. Łącznie ok. 2 tys. zł.
Doliczmy koszty zmienne: jedzenie, rozrywki, np. kino (sporadycznie), wyjazd na weekend do rodziców (raz w miesiącu). Gotowanie obiadów domowych przy pracy do godz. 17 i godzinnej podróży do domu można włożyć między bajki, bo kto przy zdrowych zmysłach je obiad o 20? Przeważnie kupujemy więc jakiś obiad, to średnio 1,5-2 tys. zł.
Na koniec koszty okazjonalne: ubrania, buty, impreza, prezenty czy ubezpieczenie samochodu - 300-500 zł.
Podsumowując: koszty życia na średnim poziomie w Warszawie, dla nas dwojga to ok. 4 tys. zł. Z pozostałych 3 tys. około tysiąca rozchodzi się np. na dofinansowanie najbliższej rodziny i przyjemności. Zostaje 2 tys. zł.
Prognoza na życie w kraju
Większość młodych małżeństw chce kupić mieszkanie i mieć potomstwo. Dziś średnia cena mieszkania na obrzeżach Warszawy to 4-5 tys. za m kw. Jeśli chce się mieć rodzinę 2+2, to potrzebuje ok. 60-70 m kw. i trzy pokoje. To oznacza kredyt na co najmniej 300 tys. zł i ratę 2 tys. zł miesięcznie przez 30 lat. Czyli kredyt pożera wszystko.
A za co utrzymać dwójkę dzieci? Owszem, możemy zrezygnować z samochodu - oszczędzimy 500 zł na miesiąc - i np. chore dziecko wozić autobusem do lekarza. Możemy zrezygnować z przyjemności typu kino, a nowe ubrania kupować rzadziej, co daje kolejne kilkaset złotych oszczędności. Ograniczyć wydatki na jedzenie, wyjazdy, imprezy. Dalibyśmy radę.
Stalibyśmy się aspołeczni, z rodzicami widywalibyśmy się tylko na święta, przestali im pomagać finansowo, odmawiali na każde zaproszenie typu ślub-wesele. Może nawet z premii za pracę po godzinach zaoszczędzilibyśmy trochę i gdyby dzieci lub my nie chorowalibyśmy w zimie, co pozwoliłoby dodatkowo oszczędzić na lekarzach i lekarstwach, zdołalibyśmy pojechać na dwutygodniowy urlop...
A, i trzeba jeszcze dodać, że dzieci widywałyby nas rano w przelocie przed wyjściem do pracy i po powrocie z niej: zmęczonych i zdenerwowanych tym, że zamiast odpocząć, musimy jeszcze zadbać o nie, mieszkanie i całą kupę innych spraw.
Pesymistyczne? Ale to jest realne życie. Jesteśmy napływowi w Warszawie i budujemy w niej pozycję od zera. Alternatywą jest powrót do małych miast, z których pochodzimy, życie spokojniejsze, mniej wypalające i prawdopodobne bezrobocie w wieku 40-50 lat.
Moja kalkulacja zakłada, że cały czas oboje z żoną pracujemy. Nie uwzględnia tego, że żona ma urodzić dzieci, że może się okazać, iż po macierzyńskim ona lub dziecko ma (odpukać) komplikacje zdrowotne albo po prostu nie ma do czego wracać, bo jej miejsce pracy rozdysponowano i wróci tylko po wypowiedzenie. Alternatywą jest nie mieć w ogóle dzieci.
Prognoza na życie za granicą
Ostatnio zacząłem szukać ofert pracy w internecie. Znalazłem kilka w Londynie. Zarabiałbym od pięciu do siedmiu razy więcej niż obecnie. Owszem, życie jest tam droższe. Ale nikt mi nie wmówi, że pięć razy, bo znam kilka osób, włącznie z własnym bratem, którzy już pracują i żyją za granicą.
Mój sąsiad z lat młodości wyjechał dwa lata temu do Szkocji "na zmywak". Po jakimś czasie został kucharzem. Sieciowa restauracja, zarobki to najniższa krajowa. Wynajmują w cztery osoby trzypokojowe mieszkanie. A jednak stać go było na: zwiedzenie Szkocji, zafundowanie swojej mamie urlopu na Wyspach, kupienie kilku aparatów cyfrowych dla siebie i rodziny, laptopa, samochodu.
Dla porównania: ja z żoną, zarabiając "dużo" w Polsce, samochodu, laptopa czy dobrego aparatu cyfrowego dorabiałem się cztery lata.
Jak wyjadę, to na zawsze
Obawiam się, że skala emigracji z ostatnich lat to nie te kilkaset tysięcy, do których władza się przyznaje, tylko grubo ponad "podejrzewane" dwa miliony. Wyjeżdżają pewnie głównie ludzie młodzi po studiach, którzy mieli budować przyszłość tego kraju, a zostają starsi, niewykształceni i bezradni albo zbyt bogaci, by musieć w ogóle wyjeżdżać. Do tego dołóżmy niechęć młodych małżeństw do posiadania dzieci, upadek znaczenia rodziny, co powoduje starzenie się społeczeństwa. Bo co ma mnie zachęcić do posiadania dzieci? Raczej nie tysiąc złotych "becikowego". Dodajmy tykającą bombę zegarową o nazwie ZUS i mamy gotowy przepis na katastrofę.
Mam wielką ochotę wyjechać. Nie na rok czy dwa, nie żeby się dorobić. Jak wyjadę, to na zawsze. Wyprę się tego kraju, gdy tylko będę mógł zapewnić sobie i dzieciom obywatelstwo innego kraju. Potem będę sukcesywnie ściągał całą rodzinę do siebie, bo nie chcę ich zostawić w tym bagnie. Przed wyjazdem powstrzymuje mnie tylko niezdecydowanie żony. Ale nad tym jeszcze pracuję.
~nazwisko znane redakcji, 11.09.2006 21:06
|
Niezbyt pocieszające...
|