Jaxpl pisze:
Marzenia są po to, żeby je spełniać. Oczywistym jest, że nie wszystkie się da (zwłaszcza te motoryzacyjne), niemniej jednak część tak. Z Hondami, zwłaszcza z tymi urokliwymi – starszymi jest o tyle łatwiej, że już za dwie lub trzy budżetowe pensje można sobie taką sprawić w całkiem niezłym stanie. Oczywiście sam zakup to oczywiście czubek góry lodowej, ale … tym się można martwić później . Z resztą społeczność hondowska to przecież w większości gentelmani, a powszechnie wiadomo, że prawdziwi faceci nie mówią o pieniądzach, więc tematu fiskalnego nie ma i nie będę go tu dalej rozwijał.
Fochy prawdziwej kobiety.
Każdy samochód ma duszę. To sprawdzone empirycznie, organoleptycznie, dotykowo i w ogóle nie podlega dyskusji. Oczywiście każdy, kto twierdzi inaczej, po prostu duszy nie widzi, bądź co gorsza, nie chce jej w ogóle zobaczyć. Ja, naturalnie głęboko wierzę w duszę mojej Haneczki, co w dalszej części tego opowiadania mam nadzieję Wam udowodnić. Otóż zaczęło się wszystko od prawa jazdy młodego. A właściwie to zaczęło się od pierwszego dnia zakupu, lecz to wszyscy, którzy czytaliście mój temat doskonale wiecie. Ale to były tylko bajania starszawego faceta, teraz czas na niezbite fakty. Pozwolicie, że cofnę się do marca tego roku. Pamiętacie na pewno, jak wyglądała moja sierota w dniu zakupu (zdjęcia są najpierwszej stronie), obraz nędzy i rozpaczy, nawet maski nie dało się normalnie otworzyć. Dziwię się, jak Ona w ogóle zrobiła te pierwsze 100 km w tym stanie. Ale wiedziała, że jedzie do prawdziwego domu i … dała radę. To dowód pierwszy. Zwykłe urządzenie mechaniczne, tak skomplikowane do tego, po prostu by się nie uruchomiło, a jak już, to nie przejechałoby nawet 10 km. Natomiast Ona – bez problemu, pomimo miliona mniejszych i większych usterek. Tak było przez te wszystkie miesiące (od marca), bez zająknięcia, szybko, sucho, pewnie, parafrazując znaną onegdaj reklamę.
Aż do dzisiaj .
Ale nie uprzedzajmy faktów. Piciu zdał jeden ze swoich najważniejszych egzaminów w życiu, czyli prawko. Natychmiast było wiadomo, że przybędzie nam nowy członek rodziny w garażu. Jako, że rzecz działa się w czerwcu nie muszę mówić o jaką markę chodziło . Ze względu na horrendalne stawki ubezpieczeniowe dla młodego kierowcy, postanowiliśmy, że obecną, grafitową Haneczkę z maleńką pojemnością dostanie Picio, ja natomiast przesiądę się na „wyższe moce” . Cała ta rozmowa odbyła się w garażu, w obecności Hani. I zaczęły się jaja z gaźnikiem. Niunia zaczęła chlać, jak przysłowiowa świnia, dając jednak w zamian moc i szybkość. Teraz żałuję, że Jej wtedy nie shamowałem, podejrzewam, że zdziwiłbym się lekko. To był niewątpliwy znak, że Honda zaczyna stroić fochy, niezadowolona z faktu zmiany kierownika. Ale wtedy jeszcze byłem ślepy i nie zauważałem tego. Pamiętajcie, o takich rzeczach nigdy nie mówcie głośno w obecności Waszych Hond, bo się zemszczą okrutnie w najmniej odpowiednim momencie.
Przez jakiś czas temat nowej Hondy nieco przycichł, więc i Ona jakby trochę odpuściła. Z resztą cały czas była hołubiona, stała w ciepłym garażu, dostawała coraz to nowe błyskotki, prezenty, jeździła z nami na spoty, na spacery, na szybkie przeloty autostradowe, na krótkie wakacje nad morze, była z nami codziennie. O pielęgnacji i chemii w ogóle nie wspominam, bo to przecież oczywiste, ma nawet swoją szafkę w garażu na kosmetyki (teraz sobie uświadomiłem, że, cholera, nie kupiłem Jej lustra). Wszędzie Ją chwaliłem, stawała nieraz z innymi samochodami w szranki. Po prostu żyć, nie umierać.
W poprzednią niedzielę 16.09.2007 pojechaliśmy do pobliskiego Swarzędza obejrzeć czerwoną siostrę z D15B2 pod maską. Hania pomykała żwawo, bez jakichkolwiek złych objawów. Zajechaliśmy na miejsce, obejrzeliśmy, pocmokaliśmy nad Czerwoną, poużalaliśmy się nad lekkim, przednim dzwonkiem … kupiliśmy . Jako, że Czerwoną Carmen nie dało się odjechać, Grafitka chyba niczego się nie domyśliła. Wesoło zabłyskała na swoja siostrę światłami i pomknęła do domu. I cały, niespełna tydzień, oczywiście wszystko było w porządku.
Dzisiaj:
godz. 14.36 – telefon: wpłynęła reszta pieniędzy na konto.
godz. 14.38 – telefon do Picia – jedziemy jutro po Czerwoną.
godz. 14.42 – rondo Starołęka w Poznaniu – szlag trafił linkę sprzęgła.
Śliczna, grafitowa, klubowa Honda blokuje jedno z większych rond w Poznaniu. Wiecie co? Nawet nie byłem zły, autentycznie, roześmiałem się po prostu, ludzie patrzyli na mnie trochę jak na wariata, powiedziałem na głos do Niej – Ty wariatko, przecież Cię nie zostawiam, nie będziesz miała wcale źle, dalej będziemy razem. Dała się udobruchać, zgasiłem silnik, wrzuciłem dwójkę i ruszyłem na rozruszniku. Bez problemu zapaliła, cylindry ożyły i pociągnęły resztę. Uprzedzam od razu krytyczne zdania wszystkich obrońców Hond, że nic takiego się nie stało, wiem, że nie powinienem tak robić, ale w awaryjnych wypadkach jednak tak można, robiłem to nieraz z innymi samochodami i dożywały one potem późnej starości.
Zwróćcie uwagę na czas, 4 minuty po informacji o Czerwonej – Jej pierwsza awaria od końca marca. Macie jeszcze jakieś wątpliwości, że to nie był przypadek? Jeśli tak, to darujcie sobie. Jako, że młodszy brat, Ticol przebywa właśnie w sanatorium, zażywając tam kuracji odmładzających, blacharsko-lakierniczych, byliśmy skazani na ujeżdżanie po sklepach w poszukiwaniu nieszczęsnej linki ... bez linki . Wszystkim poznaniakom nie muszę mówić, jak wyglądają ulice o tej porze. Niestety, zdobycie na szybko linki sprzęgła do 4-gena graniczy z cudem, a właściwie z niemożliwością. Pozostał tylko ratunek w postaci Charlie`go (dzięki Ci Łukasz ). Wyjął linkę ze swojej Hani i włożył do mnie. Powiedziałem głośno, tak, żeby moja Hania słyszała, że wyjmę linkę osobiście z Czerwonej i mu oddam. Udało mi się udobruchać nachmurzoną Hondę. Zamruczała głośno nowym wydechem i łaskawie pozwoliła sobie ustawić odpowiedni naciąg linki (jako ciekawostkę powiem, że linka wcale nie była zerwana, bo jest tak gruba, że chyba nie da się jej zerwać, puścił plastikowy gwint kontrujący naciąg, żenująca fuszerka Japończyków). Przyjechałem do domu. Za karę umyłem Hanię zimną wodą i zwykłą gąbką, a nie, jak zwykle, delikatną flanelą. I wiecie co? Świnia odgryzła mi się natychmiast. Przestała się palić wewnętrzna lampka i przestał grać lewy głośnik.
Teraz mi już wierzycie, że moja Honda posiada duszę, a na dodatek jest prawdziwą, kobiecą zazdrośnicą?? Nawet nie myślę, co wywinęłaby mi, gdybym chociaż spróbował Ją sprzedać. Heh, nawet nie myślę …, na szczęście nie muszę, brrrr.
Czerwona jest też z Japonii i chyba też z Suzuki, możliwe nawet, że blachy obydwóch leżały obok siebie, na jednym regale, możliwe, że składały je te same ręce (roboty? ). Ciekaw jestem, jaka będzie, czy też będzie taka crazy jak Grafitka? Chciałbym, bo jakoś nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej, tak … bezosobowo. Trzymajcie kciuki .
|